- Przepraszam za tydzień zwłoki. Już jest nowy rozdział. Zapraszam do czytania :D Rozdział dedykuję wszystkim komentującym :*
- Czas się zatrzymał. Panowała zupełna cisza, a ja nie mogłam się ruszyć. Nie mogłam oderwać oczu od jego szarych tęczówek. Nie były zupełnie szare, dopiero teraz to zauważyłam, czym bliżej środka, tym ciemniejsze się stawały, tak aby w pewnym momencie zlać się ze źrenicą. Całość sprawiała wrażenie, jakby to nie były ludzkie oczy, były raczej demoniczne. Tajemniczy błysk w jego oczach tylko to potwierdzał. Jego przenikliwy wzrok przeszywał mnie na wylot, a ja coraz głębiej wpadałam w czarną dziurę jego oczu. Wokół jego głowy zaczęły spadać gwiazdy. Pionowo w dół. To wyglądało olśniewająco… Nagle pisk gdzieś z boku oraz ciągły, głośny dźwięk dzwonka pozwolił mi oderwać się od jego oczu. To wcale nie były gwiazdy, tylko woda! Włączył się alarm przeciwpożarowy! Chłopak stojący w drzwiach odsunął się robiąc przejście, kiedy dziewczyny z piskiem wybiegły z klasy.
- - Spadamy, zanim wyrzucą nas już pierwszego dnia – odezwał się Spencer. Nikt nic więcej nie dodał. Obaj odwrócili się i wyszli. Zanim całkiem zniknęli mi z oczu Alex odwrócił się i posłał mi promienny uśmiech.
- - Alex! – Zawołałam za nim robiąc krok do przodu. Wygląda na to, że mogę się już ruszać. Problem polegał na ty, że nie wiedziałam, dlaczego zamiast się ratować uciekając z płonącego budynku wciąż stoję w klasie wołając za tym… ugh! Może mnie nie usłyszał? Odetchnęłam z ulgą kiedy nikt nie pojawił się w drzwiach. Dzwonek wciąż wydawał metaliczny dźwięk, a ja byłam już cała przemoczona. Mój mundurek zrobił się dwa razy cięższy. Moje serce biło strasznie szybko. Co jest ze mną nie tak? To przez ten alarm? Na pewno nie przez chłopaka. Jeszcze przed wczoraj chciałam go zabić. Wzięłam duży wdech aby się uspokoić. Czas się stąd zmywać zanim spłonę żywcem. Nie zdążyłam zrobić nawet kroku, kiedy czyjaś ręka pociągnęła mnie w stronę drzwi. Zdusiłam w sobie okrzyk. Podniosłam oczy i zaraz je spuściła. Poczułam, że moje policzki są czerwone ze wstydu. Jak wcześniej mogłam gapić się na niego? To takie upokarzające.
- - Zamierzasz się utopić w tej wodzie? – Mówił rozbawiony. Pewnie śmieszyło go moje dziecinne zachowanie. Wyprostowałam się i przyśpieszyłam kroku, nie chcąc być przez niego ciągnięta.
- - Dokąd idziemy?
- - Jak najdalej stąd. I tak już dziś nie będzie lekcji.
- - Ale przed szkołą jest zbiórka. Będą się o nas martwić. Pomyślą, że spłonęliśmy.
- - Wątpię – już wiem, dlaczego go unikałam. On co najmniej nie jest zdrowy umysłowo.
- - Zawsze jesteś taki spokojny jeśli chodzi o sprawy życia lub śmierci? – Zatrzymał się.
- - To nie jest sprawa życia lub śmierci. – Przeczesał leniwym ruchem czarne, mokre włosy.
- - Ach tak? Więc ogień to twój przyjaciel z dzieciństwa i uwielbiasz się z nim bawić? – Milczał przez chwilę.
- - Szkoła wcale się nie pali.
- - No świetnie. To może powiesz jej jeszcze, jaki masz znak zodiaku? – Głos Daniela zabrzmiał gdzieś z boku.
- - Ona nas nie wyda.
- - Skąd taka pewność? Przecież na pierwszy rzut oka widać, że to grzeczna dziewczynka tatusia. Jutro wylecisz z tej szkoły.
- - Włączyłeś alarm antypożarowy? To nie jest zabawa. Wszyscy się tym przejęli, a ty masz z tego ubaw?
- - Widzisz…
- - Uroczo wyglądasz kiedy się złościsz. Szczególnie kiedy zaciskasz usta w taki sposób. – Znieruchomiałam, a potem szybko oblizałam usta. Co to miało niby znaczyć?
- - Odłóżcie flirtowanie na potem. Zaraz będzie tu straż pożarna. Teraz nie mamy już wyjścia. Musimy zabrać ją ze sobą, bo inaczej nas wsypie. – Zrobiłam krok do tyłu. Co oni zamierzają. Alex się zaśmiał.
- - Nie wsypie.
- - Skąd ta pewność. – Irytowało mnie jego zachowanie. Skąd mógł wiedzieć co powiem, a czego nie powiem? Nawet ja tego nie wiedziałam. Zrobił krok w moją stronę. A ja krok w tył, potem kolejny i zatrzymałam się z plecami przyklejonymi do mokrej ściany. Podszedł blisko mnie, za blisko. Położyłam obie ręce na jego klatce piersiowej próbując go odepchnąć, przez mokrą koszulkę czułam jego twarde mięśnie. Oparł ręce po obu stronach mojej głowy, a moje kolana ugięły się delikatnie. W głowie mi szumiało. Zbliżył się jeszcze bardziej, tak, że teraz kropelki wody z jego włosów spadały mi na twarz. Jeszcze bliżej, bliżej i bliżej. Poczułam, że mam wyschnięte usta. Przysunął swoje wargi do mojego ucha i zaczął szeptać słowa które brzmiały tajemniczo i seksownie… niestety, ale właśnie tak brzmiały. Nie mogłam skupić się na znaczeniu. Jego ciepły oddech muskał moją szyję, który potem zniknął, by pojawić się na moich ustach. Dzieliły nas milimetry. Tego było już za wiele. Zebrałam się w sobie, aby go odepchnąć z całej siły. Drgnął i zmierzył mnie wzrokiem jakby toczył w głowie wewnętrzną bitwę. Widząc w tym okazję znów odepchnęłam go z całej siły, nadepnęłam na nogę i przechodząc pod ramieniem zaczęłam biec z całej siły. Omal nie pośliznęłam się na zakręcie. Wybiegłam przed budynek szkoły. Nauczyciele zaraz do mnie podeszli pytając co się stało, dlaczego od razu nie wyszłam i z której klasy jestem. Odwróciłam się nerwowo patrząc w kierunku budynku, ale nikogo tam nie zobaczyłam. Strzeliłam buraka i wybełkotałam najgłupszą wymówkę jaka przyszła mi do głowy.
- - Zatrzasnęłam się w toalecie. – Nauczyciele z dezaprobatą ale i ze zrozumieniem pokiwali głową. Poszukałam w tłumie Meg, ale nigdzie jej nie widziałam.
- - Widziałaś? – Jej głos dobiegał z za moich pleców.
- - Co? - Zdziwiłam się.
- - No Alexa… Zaraz dlaczego jesteś cała mokra? Zupełnie jak Alex i Daniel… - Co za zbieg okoliczności, pomyślałam posępnie. Ten zboczeniec zamierzał mnie pocałować!
- - Nie pierwszy raz z resztą. – Meg mi odpowiedziała.
- - Powiedziałam to na głos?
- - Yhy. Co tak właściwie się tam stało? – Rozejrzałam się dookoła sprawdzając czy nikt nas nie słyszy.
- - Alex włączył alarm żeby zerwać się z lekcji. Ponieważ się o tym dowiedziałam zamierzali zabrać mnie ze sobą, żebym nikomu nie powiedziała, ale udało mi się uciec.
- - Ale czad!
- - Cii – kilka osób zwróciło na nas uwagę.
- - Spokojna głowa. Nie musisz się o mnie martwić. Przecież ich nie wsypię.
- - Nie?
- - A ty zamierzasz powiedzieć nauczycielom?
- - Co takiego? – Nasz wychowawca podszedł do nas. Przełknęłam ślinę.
- - Chciałabym się przebrać – skłamałam. Zła na siebie i na Alexa za to że miał rację.
- - Och oczywiście. Możesz iść do przebieralni na basenie. Ponieważ to osobny budynek, to jest tam sucho. Zapytaj panią Bargs o zapasowe mundurki. Mam nadzieję, że się nie przeziębisz.
- - Dziękuję. – Ucieszyłam się, że nie musiałam już dłużej prowadzić tej rozmowy.
- - A pani panno Kruger powinna zadzwonić w tym czasie do swoich rodziców, alby przysłali limuzynę, inni uczniowie… - Odeszłam w stronę basenu nie chcąc słuchać kolejnego wywodu.
- - Kim! – Odwróciłam się i uśmiechnęłam się na widok chłopca o szatynowych włosach idącego w moją stronę. Był mniej więcej mojego wzrostu. Mogłabym poznać go nawet z kilometra. Sposób w jaki mówił i się poruszał znałam chyba na pamięć.
- - Jace. – Jonathan Colins był moim przyjacielem od dzieciństwa. Znałam go kiedy moja mama jeszcze żyła. Nasze mamy przyjaźnimy się, co raczej rzadko się zdarzało w przypadku takiej różnicy klasowej. Choć z drugiej strony patrząc na moją ciotkę nawet małżeństwa z prawdziwej miłości, a nie dla korzyści materialnych się zdarzały.
- - Gdzie idziesz? – Jego uśmiech zawsze poprawiał mi humor, może dlatego, że był zawsze szczery i docierał do jego oczu?
- - Pan Rathord wysłał mnie, żebym się przebrała w suche ubrania.
- - No tak – wyglądał jakby dopiero teraz zauważył, że jestem cała mokra.
- - No ale chyba wolę zostać w swoich ubraniach – powiedziałam po dłuższym namyślę. - Posiedzę chwilę w słońcu i sama wyschnę.
- - Na pewno? Jeszcze się przeziębisz.
- - Nie. W słońcu jest całkiem ciepło.
- - Potrzebujesz towarzystwa? – Żeby nie myśleć o tym wszystkim co dziś się stało? O tak!
- - Jasne.
- - Jak myślisz co się spaliło? – Odwróciłam wzrok od jego piwnych ufnych oczy i zaczęłam skubać trawę. Nie zamierzałam go okłamać. Nawet jeśli ostatnio trochę się od siebie oddaliliśmy, to i tak nie byłam w stanie go okłamać. - Założę się, że to nic poważnego. Wiele hałasu o nic – najwyraźniej uznał moje milczenie za niepokój i próbował mnie teraz uspokoić.
- - Pewnie tak.
- - Zadzwoniłaś już po samochód?
- - Nie. Zamierzałam wrócić na piechotę. Lubię spacerować.
- - Tak wiem. Ostatnio rzadziej się widujemy – miał rację i była to przypuszczalnie moja wina. Ostatnio dużo czasu spędzałam z Meg.
- - Musimy to kiedyś nadrobić – uśmiechnęłam się promiennie.
- - O! Mój kierowca już przyjechał. – Patrzył na mnie jakby potrzebował mojego pozwolenia, aby odejść.
- - Idź już lepiej. Nie daj na siebie czekać. – Wymieniliśmy uśmiechy.
- - Na pewno? Jeśli chcesz mogę tu z tobą poczekać, lub cię podwieźć. – Pokiwałam przecząco głową. - W takim razie do jutra. – Pożegnał się i odszedł w stronę swojego kierowcy, a może kamerdynera? Mężczyzna nienagannie ubrany odebrał od niego torbę na książki i otworzył mu drzwi do limuzyny. Zanim jego brązowa czupryna zniknęła w samochodzie pomachał do mnie energicznie. A moja torba? Zaczęłam zastanawiać się kiedy odjechał. Musiałam zostawić ją w klasie… dobrze, że nie miałam tam dużo książek i zeszytów. Odchyliłam się do tyłu i położyłam na plecach. Uniosłam prawą rękę, aby zasłonić oczy przed słońcem. Wygląda na to, że nawet w szkole nie będę miała teraz spokoju. Zaczęłam zastanawiać się nad własnym zachowaniem. Jego oczy… Powinnam znaleźć Meg zamiast roztrząsać to wszystko od nowa. Wróciłam przed budynek szkoły starając nie rzucać się w oczy pana Rathorda. Znalazłam przyjaciółkę stojącą niedaleko bramy.
- - Meg!
- - Zastanawiałam się kiedy wrócisz.
- - Czekasz na samochód?
- - Nie do końca. Znalazłam sobie podwózkę.
- - Podwózkę? – Ruchem głowy wskazała na motor stojący przy bramie. Mężczyzna obok czerwonej maszyny zdjął kask i uśmiechnął się do nas.
- - Chodzisz tu do szkoły? – Ed wyglądał na zdziwionego.
- - Ba! Chodzi ze mną na kilka zajęć. – Wesoło odpowiedziała Meg.
- - Jak Alex…
- - Już wie. – Weszła mu w słowo dziewczyna.
- - Tak?
- - Myślisz, że dla czego jest cała mokra?
- - No tak. A Daniel?
- - Chodzimy razem na historię. – Nie wiedziałam czy chodzimy razem na jakąś inną lekcję. Oboje wsiedli na motor.
- - Lepiej się pilnuj. – Nie rozumiałam o co mu chodzi, ale jego poważny ton głosu mnie przeraził. Obole założyli kaski i odjechali z piskiem opon.
- - Nie rozumiem. – Powiedziałam już do siebie. Stałam tak przez chwilę nie wiedząc co miał na myśli. W końcu postanowiłam się ruszyć i przespacerować do domu. Mijałam właśnie stary budynek, jego stare drewniane drzwi zaskrzypiały głośno. Serce podskoczyło mi do gardła jakiś inny odgłos pojawił się tuż za mną. Odwróciłam się i zobaczyłam czarną limuzynę stojąca tuż za mną. Drzwi otworzyły się, a z środka wyłoniła się znana mi postać. Pan Faulkner przyglądał mi się przez chwilę, aby następnie z dezaprobatą pokiwać głową.
- - Jest panienka cała mokra. Proszę wsiąść do samochodu.
- - Nie trzeba. Przespaceruję się.
- - Zachoruje panienka. Proszę wsiąść do samochodu. – Otworzył szerzej drzwi.
- - Zgoda. – Wsiadłam, a on zamknął za mną drzwi i usiadł z przodu obok kierowcy.
- - Jedziemy po Claudię?
- - Nie. Panienka Claudia jest już w domu. Panicz Peter Montgomery podwiózł ją do domu.
- - Przyjechałeś po mnie?
- - Tak. Pan Accardi był zły, że nie zadzwoniły panienki po samochód.
- - Spacer nikogo jeszcze chyba nie zabił… A-psik! – No i wygadałam. Nie mogę być chora!
- - Przeziębiła się panienka?
- - Oczywiście, że nie. A-psik! – Kiedy dojechaliśmy pan Faulkner pomógł mi wysiąść z samochodu, otworzył przede mną drzwi i zaprowadził do kuchni. Potem oddał w ręce Madeline. Ta z przejęciem zaprowadziła mnie do łóżka, przyniosła mi herbatę rumiankową i obiad. Westchnęłam ciężko kiedy w końcu wyszła. Śniadanie jadłam raptem 2 godziny temu, natomiast herbaty rumiankowej nienawidzę. Z resztą ja wcale nie byłam chora! W łóżku było mi za to wygodnie i ciepło. Czułam się sennie, ale sen najwyraźniej nie był mi dany, ponieważ chwilę później do mojej sypialni znów ktoś wszedł. Otworzyłam oczy i zaraz znów je zamknęłam.
- - O co tym razem jestem oskarżona? – Mój ton nie był przyjazny. – Wzięłam narkotyki, które wywołują u mnie kichanie? Jak się nazywają? Fiu-bziu?
- - Przyszłam cię zbadać. – Jej ton nie był ani trochę przepraszający.
- - Mam nadzieję, że wzięła pani ze sobą narzędzie tortur? Już stęskniłam się za igłą wbitą w moje ciało. – Doktor Moller zamknęła za sobą drzwi.
- - Mówisz jakby tamta cała sytuacja była moją winą. To twój wuj zlecił mi zbadanie cię.
- - Ach tak? Ale pani z pewnością odwodziła go od tego pomysłu i wierzyła w moją niewinność.
- - Oczywiście, że nie. Czego oczekujesz od obcej osoby? Zaufania? Twój wuj martwił się o ciebie, ja chciałam tylko pomóc. – Prychnęłam, ale w duchu przyznałam jej rację. To nie jej wina, tylko moja. To ja straciła zaufanie.
- - Jestem zdrowa. – Powiedziałam już łagodniej.
- - Ach tak? Więc dlaczego masz wypieki, przeszklone oczy i leżysz w łóżku o tej porze?
- - Zmusili mnie do leżenia.
- - Nie wyglądasz na taką, co łatwo można do czegoś zmusić. – Uśmiechnęła się a ja poczułam, że moja niechęć do niej topnieje pod tym szczerym uśmiechem. Jej czekoladowe oczy w tym momencie wyglądały niesamowicie przyjacielsko.
- - Czekoladowa pani doktor.
- - Słucham? – O nie! Nie chciałam powiedzieć tego na głos.
- - Ma pani czekoladowe włosy i oczy – wyjaśniłam i spłonęłam rumieńcem.
- - Ha ha nikt mnie tak jeszcze nie nazywał. – Sięgnęła po okulary zawieszone z sznureczku na jej szyi. – A więc rozejm? – Podeszła do mnie bliżej.
- - Rozejm – podałam jej rękę.
- - A teraz przejdźmy do sedna. Jak się czujesz?
- - Jestem trochę zmęczona, poza tym dobrze. Mówiłam im, że nie jestem chora.
- - Czy to twój mundurek? – Wskazała na mokry strój przewieszony przez oparcie krzesła. Pokiwałam głową. – Też chodziłam do tej szkoły. Byłam pierwszym rocznikiem który ukończył tę szkołę - no tak. Szkoła jest naprawdę młoda. Zaraz w tym roku świętujemy trzynastolecie szkoły…
- - Ma pani dopiero 29 lat?
- - Tak. – Tym razem to ona była czerwona. Wyglądała o wiele starzej w tych włosach spiętych w kucyk, w okularach, no i ten makijaż też ją postarzał. Oceniałabym ją na 40 lat.
- - Jest pani bardzo młoda.
- - I kto to mówi. A teraz pozwól mi się zbadać. Bo chyba nie chcesz marnować młodości na chorobę? – Po szczegółowym badaniu, od ciśnienia krwi, po oglądnięcie gardła, pani doktor oświadczyła mi, że mam zapalenie płuc. Miałam zostać w domu przez kilka dni i się wykurować.
- - No nie. Przecież oni mnie w tym łóżku zamordują. Codziennie herbatka rumiankowa i sama popełnię samobójstwo.
- - Nie będzie aż tak źle. Odpoczywaj. Przyjadę w sobotę, żeby sprawdzić jak się czujesz.
- - Nie mogę spędzić całego tygodnia w łóżku!
- A jednak mogłam. Wuj odwiedzał mnie codziennie aby spytać się jak się czuję i zniknąć. Ciotka i Claudia omijały mój pokój z daleka i dobrze, bo miałam już dość tych ich przygotowań do balu. Słyszałam ich krzątaninę za drzwiami. Wcale nie poprawiało mi to humoru, ale nie zależało mi już na tym tak bardzo. Maddie przynosiła mi herbatę rumiankowo przez pierwsze trzy dni. Potem się poddała. Okazało się , że moja torba wraz z książkami i telefonem przetrwała ulewę zawieszona na haczyku pod ławką, tak więc Meg dzwoniła codziennie. Opowiadała co dzielę się w szkole. Nie przestawała też mówić o Edzie. Wygląda na to, że naprawdę się zakochała. Szczęściara. W sobotę dostałam pozwolenie na powrót do szkoły. Tak więc w poniedziałek szczęśliwa że opuszczam wreszcie te mury wyszłam z domu. Prosto, potem w lewo, koło starego budynku znowu prosto i jestem. Coś tu było inaczej ale nie potrafiłam tego określić. Weszłam do szkoły a następnie do swojej klasy. Przywitałam się, i usiadłam na swoim miejscu. Meg jeszcze nie było. Czyżby znów zamierzała się spóźnić? Nauczycielka weszła do klasy, a ja zwątpiłam czy moja przyjaciółka w ogóle dziś się pojawi. Wyciągnęłam telefon z torby i zaczęłam pisać smsa pod ławką. Zanim jednak skończyłam drzwi do klasy się otworzyły. Meg przeprosiła za spóźnienie i usiadła koło mnie.
- - Hej. Fajnie, że wróciłaś. – Uśmiechnęła się promiennie. – Mam Ci tyle do opowiedzenia.
- Drzwi znowu się otworzyły, a w klasie zapadła cisza. Zdziwiona odwróciłam się w stronę drzwi, a mój uśmiech przygasł kiedy zobaczyłam Daniela. W mojej głowie przewijały się niejasne wspomnienia które bardziej wydawały się wczorajszym snem niż cieniem prawdziwych wydarzeń. Jego wzrok również zatrzymał się na mnie, potem ze znużeniem opadł na ławkę przede mną. Zdziwiło mnie zachowanie nauczycielki, która nic nie powiedziała. Lekcja dłużyła się niemiłosiernie, wydawała się też wyjątkowo nudna, tak więc skupiłam swoją uwagę na nowym koledze. Przyglądałam się jak leniwie przesuwa długopisem po kartce zeszytu. Wyglądał na znudzonego, nie wygląda na takiego, który dużo się uczy… jeśli w ogóle się uczy. Strzelam, że nie pisze w tym zeszycie nic z lekcji. Pewnie rysuje jakieś trupie czachy. Dzwonek zadzwonił a ja wyszłam z klasy. Dzisiejszy dzień zapowiadał się naprawdę długi. W przerwie na lunch umówiłam się z Meg na zewnątrz. Wyszłam na dziedziniec i zaczęłam rozglądać się za przyjaciółką. W ciepłe dni siedziałyśmy najczęściej na trawie. Tutaj tylko wybrane grupy dostawały miejsce do siedzenia. Jeden dla dzieci najbogatszych, jeden dla tak zwanych kujonów, jeden dla „śmieci”, czyli dzieciaków którym dokuczają dwie najpopularniejsze grupy, które przywłaszczyły sobie najwięcej stolików. Ich stolik znajduje się blisko kosza, dlatego kiedy wyrzucają jedzenie to zamiast do kosza rzucają wprost na stolik. Dwa stoliki dla cheerleaderek, dwa dla drużyny koszykarskiej, i ostatni dla wybranej elity, czyli połączenie bogactwa, najpopularniejszych cheerleaderek oraz kapitana drużyny i świty . W tym także i Claudii. Akurat przechodziłam obok najcenniejszego stolika na terenie całej szkoły, tak więc chcąc nie chcąc spojrzałam w tym kierunku gotowa na wymianę groźnych wspomnień z kuzynką… ale jej tam nie było. Stanęłam jak wryta, czy coś mnie ominęło? Najwyraźniej bardzo wiele, ponieważ stolik popularsów był teraz stołem przy którym jadał sam Diabeł. Z dwojga złego wolę Claudię. Jeden z chłopaków nagle podniósł głowę i uśmiechnął się do mnie. Szybko powiedz coś! Nie gap się tak na nich! Wyjdę na totalną idiotkę.
- - Nie widzieliście Meg? – Wydukałam w reszcie i to był błąd. Lepiej być idiotką i odejść na oczach jednego chłopaka, niż zwrócić na siebie pięć par oczu. Twarz Alexa rozjaśnił uśmiech którego nie poskąpiłby nawet sam szatan.
- - Zapewne w bramie – odpowiedział mi chłopak który jako pierwszy mnie zauważył. Aż dziwne, że wiedział o kim mówię. Nie zamierzałam jednak o nic więcej już pytać. Moje plany na najbliższe życie? Unikać tego stolika.
- - Dzięki. Pójdę jej poszukać. – Odwróciłam się, ktoś wyrwał mi tacę z jedzeniem, jakaś siła pociągnęła do tyłu. Przewróciłam się spadając wprost na Diabła. Podskoczyłam jak oparzona, ale nie mogłam wstać bo ktoś stawiał opór na moje ramię. To boli – myślę, ale nic nie mówię. Cały stolik tonie w śmiechu.
- - Skąd taki pośpiech? – Głos nie do zapomnienia. Jest w nim coś innego. Jakby akcent, ale jaki?
- - Umówiłam się z nią na lunch – odpowiedziałam Alexowi.
- - Nie ma obaw. Możesz zjeść z nami. Ona i tak szybko nie wróci. Poszła się spotkać z-
- - Edem – dokończyłam.
- - Przyłączysz się?
- - To propozycja? – Starałam się aby zabrzmiało to lekko.
- - Jasne.
- - W takim razie odrzucam ją. – Strąciłam rękę Alexa z ramienia.
- - Siad! – Czyjaś ręka naparła na moją głowę i znów siedziałam. No świetnie, teraz będę ich zabawką. Będą się nade mną znęcać. Ta sama ręka zmierzwiła mi włosy zupełnie jakbym była psem.
- - Nie jestem psem. – Spojrzałam w górę. Czy to nie jest już przesada? Daniel się nie uśmiechał.
- - Grzeczna Kiki. – Puścił moją głowę. – Zostań. – Ugh! Czułam, ze jestem cała czerwona, nie wiedziałam jedynie czy ze złości czy z zażenowania.
- - Łapy przy sobie Spencer! – Miałam nadzieję, że zabrzmiało groźnie.
- - Uwaga bo może ugryźć - zaśmiał się ktoś.
- - Dzikie są najlepsze. – Odwróciłam się zirytowana z powrotem w stronę Diabła.
- - Chyba straciłam apetyt. – Oświadczyłam kiedy moja taca wylądowała na stoliku przede mną.
- - Chcesz żebym cię nakarmił?
- - Znajdź sobie inny obiekt kpin. Nikomu nie wygadam o alarmie.
- - Wiesz jaki to zaszczyt siedzieć przy tym stole?
- - Jeszcze tydzień temu siedziała tu banda idiotów. A dziś inne twarze, ale towarzystwo nie lepsze. Wiecie co was od nich wyróżnia? Oni w życiu nie zaprosili mnie do tego stolika nawet po to żeby mnie wyśmiać.
- - Tamci idioci? – Jeden z chłopaków wskazał ręką w stronę stolika dla cheerleaderek. – Teraz są nikim w tej szkole.
- - Nie sądzę, aby te wpływowe dzieciaki zmieniły postrzeganie o sobie tylko ze względu na zmianę stolika. Choć przyznam, że ciekawi mnie jak udało wam się przejąć to centrum dowodzenia.
- - Powiedzmy, ze mamy tu niezły autorytet. Ominęło cię najlepsze. Dlaczego nie chodziłaś do szkoły?
- - Jakiś idiota zatrzymał mnie w szkole kiedy był alarm i zachorowałam.
- - Uważaj na słowa! To że jesteś tu nowa, to nie znaczy, ze wszystko ci wolno. – Daniel prawie na mnie warczał.
- - Nowa? – Że co proszę? Kto tu jest niby nowy?
- - Nowy porządek w szkole. Nowe rządy. Nowa szkoła.
- - Dyrektora też zmieniliście? – Zakpiłam.
- - Nie. Chce z nami współpracować.
- - Ach więc ty, Daniel i reszta bandy daliście mu szansę?
- - Reszta bandy? Daniel może zapoznasz Kim z resztą?
- - Kiki to reszta. Reszta to Kiki. – Daniel znudzonym głosem wymamrotał słowa które w jego mniemaniu miały być przedstawieniem.
- - Nie jestem psem!
- - Dobra. Każdy z was chyba wie już kto to jest. Przejdźmy dalej. Alexa już znasz, naprzeciw niego siedzi Mark.
- - Przyjaciele mówią mi Olbrzym. – Był naprawdę wysoki i umięśniony. Na głowie nie miał włosów, a jedynie tatuaż. Wyglądał przerażająco.
- - Obok niego, a naprzeciw ciebie siedzi Reiji. Jest raczej małomówny. – Przyjrzałam się uważnie chłopakowi. Azjatycka uroda. Mniej więcej wzrostu Daniela. Czarne krótkie włosy. Czarne czuje oczy. Lekko spięty. Kiwną lekko głową w moją stronę. – Następnie Phil. Mówimy na niego Rąsia. – Wysoki i szczupły. Z blizną przecinającą lewe oko. Jego włosy są brązowe… z zieloną poświatą?
- - Nie pytaj dla czego. – Zaśmiał się, ale po jego tonie było słychać, że nie żartuje. Cokolwiek ukrywał nie miał zamiaru mi powiedzieć. Cała trójka która siedziała po przeciwnej stronie sprawiała raczej złowrogi obraz. Gdybym spotkała ich w ciemnym zaułku uciekłabym z krzykiem.
- - Mnie też już nasz.
- - Nazywamy go Idol.
- - Idol? Dlaczego?
- - Nie jesteś aby nazbyt ciekawska?
- - Bo kobiety go uwielbiają, uważają go za idola. Zabiły by za jego autograf. – Odpowiedział Mark.
- - Jakoś jeszcze żyje. Kolejki też nie widzę.
- - A widzisz tu jakąś kobietę? Ja tu widzę same dzieci.
- - No tak panowie macho gustują w starszych kobietach.
- - Dojrzalszych - poprawił mnie Phil.
- - Jasne. Babcie są w sam raz. Zepsuję wam reputację siedząc z wami.
- - Raczej podbudujesz swoją. – Alex wskazał ręką w stronę stolika cheerleaderek.
- - Raczej nie na długo – mówił Daniel - te zazdrosne małolaty rozszarpią cię zaraz jak odejdziesz od tego stolika. Widzisz tamtą blondyneczkę? Patrzy na ciebie takim wzrokiem-
- - Gdyby wzrok mógł zabić – dokończył Mark. Spojrzałam we wskazanym kierunku. Claudia rzeczywiście patrzyła na mnie morderczym wzrokiem.
- - Powiedzcie mi coś czego nie wiem. Ona nie jest zazdrosna, o to, że tu siedzę. To po prostu wrodzona nienawiść.
- - Znasz ją? Próbowała się przystawiać do mnie. Błe. Mamy wspólną tylko jedną lekcję a i tak mam jej dosyć. – Ton Daniela choć na chwile przybrał bardziej towarzyski ton.
- - Spróbuj dzielić z nią jeden dach. – Dlaczego rozmowa zeszła na ten tor? Poczułam się chyba zbyt komfortowo wśród tego towarzystwa.
- - Jednym dachem? To twoja siostra? – Alex jest strasznie ciekawski.
- - Nie! Oczywiście, że nie!
- - Do nas się jakoś nie przystawiała. – Zauważył Phil.
- - Dziwi cię to głąbie kapuściany? Olbrzym budzi strach w każdym. Riji w ogóle się nie odzywa, a ty na przerwie bawisz się scyzorykiem.
- - A pro po scyzoryka… oddaj mi go!
- - Nie ma mowy. Ostatnio omal nie zabiłeś Alexa i mnie kiedy ćwiczyłeś rzuty.
- - Do Alexa też się nie przystawiają żadne dziewczyny.
- - Dziwi was to? – Alex uniósł brwi.
- - Mnie ani trochę. – Odpowiedziałam nie całkiem szczerze. Alex był przystojny. Nawet bardzo. Tak samo jak Daniel, ale od Alexa biła aura niedostępności, władzy i niebezpieczeństwa. - Bije od ciebie nieprzyjazna aura. Aż strach się zbliżać.
- - Ty na szczęście nie masz nic przeciwko. – Uśmiechnął się. A ja doszłam do wniosku, że ten szatański uśmiech ma w sobie coś magnetycznego. Zadzwonił dzwonek, co oznaczało koniec przerwy na lunch.
- - Muszę już iść.
- - Nic nie zjadłaś. – Zauważył Mark.
- - Nie jestem głodna. Z resztą i tak już nie ma czasu.
- - Możesz wziąć mój jogurt. Zjesz na następne przerwie. – Przyjęłam mały pojemniczek z jogurtem truskawkowym od Olbrzyma z lekko trzęsącymi się rękami.
- - Dzięki – wybąkałam. Zastanawiało mnie co taki uroczy i drobny deserek robi na tacy takiego dryblasa. Ktoś wyrwał mi go z ręki zanim zdążyłam schować go do torby. No i zabawa znowu się zaczyna. Znów zamierzają mnie prześladować?
- - Nie nauczyła cię mama, że nie bierze się jedzenia od nieznajomych. – Poczułam ukłucie w sercu.
- - A ciebie, żebyś nie wciskał nos w nie swoje sprawy? – Zerwałam się z ławki i odeszłam od stolika. Ani Daniel, ani Alex nie próbowali mnie zatrzymać, choć siedziałam pomiędzy nimi i z pewnością nie było by to dla nich trudne. Weszłam do klasy chwilę po nauczycielce i poczułam burczenie w brzuchu. Mogłam coś zjeść. Choćby gryza. Szkoda, że Alex zabrał mi jogurt. Lekcja trwała już kilka minut kiedy do klasy wolnym krokiem wmaszerował Daniel. Zatrzymał się w drzwiach patrząc na mnie. Jego wzrok był zimny i aż przeszły mnie od niego ciarki. Co ja mu znowu zrobiłam? To on zmusił mnie do siedzenia przy tamtym stoliku.
- - Zajmij swoje miejsce – odezwała się nauczycielka. Daniel podszedł do wolnego miejsca i rzucił na ławkę swój plecak, a następnie przeszedł przez całą salę, w trakcie lekcji, pod moją ławkę, nachylił się tak, żeby być jak najbliżej mnie i wyszeptał mi do ucha:
- - Nie odzywaj się, jeśli nie wiesz nic na jakiś temat. – Czułam jego oddech na szyi i aż było trudno uwierzyć, że to ciepłe powietrze wychodzi z jego ust w tej samej chwili co te lodowate słowa.
- - Co proszę? To wy kazaliście mi tam siedzieć i z wami rozmawiać. I to ja byłam cały czas obrażana.
- - Nie bądź dziecinna. Niektóre słowa bolą bardziej niż nazwanie cię psem.
- - Rozumiem to doskonalę.
- - Wątpię. – Odszedł.
- - Wątpisz? Co za… Ugh! – Kolejna lekcja z Danielem. Czy mamy jakąkolwiek lekcję osobno? Do dzwonka nie mogłam skupić się na niczym. Zastanawiałam się nad słowami Daniela. O co mu w ogóle chodzi? Kiedy ta koszmarna lekcja minęła postanowiłam znaleźć Meg i na nią nakrzyczeć. Los chciał jednak, abym żałowała, że nie zostałam w łóżku jeden dzień dłużej.
- - Kim. – Jad aż wylewał się z tego słowa.
- - Claudia nie mam nastroju na twoje zagrywki.
- - Ah tak?
- - Tak dokładnie tak.
- - Czy oni wiedzą, że gdyby nie mój ojciec byłabyś biedna jak mysz kościelna? Że nie idziesz na bal debiutantek?
- - Kto? – Czyżby chodziło jej o Diabła i resztę? – Nie sądzę, aby ich największym zmartwieniem była którakolwiek z tych rzeczy.
- - Jak udało ci się do nich dosiąść? – A to bardzo ciekawe pytanie akurat…
- - Nakrzyczałam na Alexa, potem oplułam go alkoholem, potem znów nakrzyczałam…
- - Co zrobiłaś? – Piskliwe głosiki dwóch koleżanek Claudii przeszyły powietrze.
- - Mów prawdę! – Może chłopaki mieli rację. Może ona była zazdrosna, że tam siedzę, tylko dlaczego?
- - Przecież to jest prawda.
- - Podstępna żmija. Myślisz, że tylko ty jesteś taka cwana, że tylko ty możesz z nimi siedzieć?
- - Nie. Raczej tak nie myślę. Chociaż zaczekaj – tu zrobiłam przerwę – teraz jestem pewna. Nie myślę tak. – I odeszłam. Jak tylko znajdę Meg to porachuję jej kości.
- - Meg! – Podniosła oczy znad telefonu.
- - Tak. Och przepraszam, że nie mogłam zjeść z tobą lunchu, ale byłam spotkać się z Edem. Jedliśmy poza szkołą, bo mógłby mieć problemy gdyby tu znowu wszedł.
- - Znowu? Jak to znowu?
- - Tak tydzień temu chciał zjeść tu z chłopakami ale ponieważ nie jest uczniem dyrekcja wyrzuciła go za bramę i zakazali już więcej przychodzić.
- - Też mi współpracujący dyrektor.
- - Co?
- - Nie nic.
- - Jadłaś sama?
- - Niestety nie.
- - Jadłaś z Jacem?
- - Chciałabym. Jadłam z Diabłem i resztą. A właściwie nie jadłam.
- - Siedziałaś przy ich stoliku?
- - Tak. Czy wszyscy w tej szkole mają na jego punkcie taką obsesję? To już nie jest stolik wybrańców. To teraz stolik jak każdy inny.
- - Ten stolik jest teraz jeszcze bardziej cenny. To marzenie każdej dziewczyny aby tam usiąść.
- - Jakoś kolejki nie było.
- - Nikt nie odważy się nawet do nich podejść.
- - Oni terroryzują szkołę czy jak.
- - Tak bym tego nie nazwała. Tydzień temu we wtorek chłopaki przejęli stolik. Polała się krew. Chłopak Claudii miał złamany nos i rozdartą wargę.
- - Szkoda, ze tego nie widziałam.
- - Słuchaj dalej. Pokonali na pięści drużynę koszykówki na oczach całej szkoli. Potem byli wezwani do dyrektora, ale nikt nie wie, jaką dostali karę. A stolik pozostał ich.
- - To szkoła, czy kryminał? No a jak ci się układa z Edem?
- - Och nie uwierzysz! On jest cudowni i odwozi mnie do domu na motorze. Chodzimy na randki do kina i jemy razem lunch!
- - Wyglądasz na zakochaną.
- - I jestem zakochana.
- - Czy mam zacząć przyzwyczajać się do jedzenia na przerwie w samotności? – Zaśmiałam się.
- - Pogadaj z Alexem. Może będziesz mogła jeść z nimi.
- - Chyba zrezygnuję.
- - Dziś z nimi – dzwonek przerwał jej w połowie zdania – jadłaś. Muszę lecieć. Teraz mam sprawdzian z matematyki.
- - Do zobaczenia po szkole! – Wykrzyczałam za dziewczyną kiedy pobiegła w stronę swojej sali. Powlokłam się na ostatnią dziś lekcję. Kiedy weszłam do klasy humor od razu mi się poprawił. Moim partnerem na chemii był Jace.
- - A jednak się przeziębiłaś. Mogłem siłą zaciągnąć się do mojego samochodu i odstawić pod próg domu.
- - Na szczęście ty szanujesz moje zdanie i pozwalasz mi być szczęśliwie chorą, niż nieszczęśliwie zdrową.
- - Jestem dla ciebie za dobry. – Zaśmialiśmy się oboje. Nauczyciel rozdał nam zadania które mieliśmy wykonać. Drzwi do Sali się otworzyły.
- - Czy on zawsze się spóźnia?
- - Tak. Mam z nim kilka lekcji.
- - Ja mam z nim chyba wszystkie lekcje! – To był trochę żart, bo jak na razie minął tylko poniedziałek, ale dziś wszystkie lekcje miałam z nim.
- - Czujesz się już lepiej?
- - Tak o wiele. Co najpierw?
- - Włączyć płomyk pod probówką. Czy to prawda, że nie idziesz na bal debiutantek?
- - Tak - odpowiedziałam posępnie.
- - Rozchmurz się! – Pogilgotał mnie po brzuchu, a ja ledwo powstrzymałam się od wybuchnięcia śmiechem.
- - Przestań - szturchnęłam go łokciem.
- - Wiesz, że tak naprawdę bal debiutantek powinno obchodzić się po ukończeniu 21 lat a nie 17? Ta tradycja weszła w życie wraz z nowymi krwiami.
- - Czy my rozmawiamy o wampirach?
- - Nie. Raczej o ludziach które dorobiły się majątku w ostatnim stuleciu.
- - Ach. Ty też jesteś nową krwią?
- - Jak wszyscy w tej szkole.
- - Oh cała szkoła zbudowana dla nowej krwi?
- - Dla nowej krwi, zbudowana przez nową krew.
- - Dobrze wiedzieć. Ale jakoś głęboko wątpię że to zmieni coś w moim życiu. Ja to raczej jestem biedna krew.
- - Nie. Ty jesteś anielska krew.
- - Dzięki, ale chyba nie każdy tak uważa. – Spojrzałam na Daniela, co tylko mnie upewniło.
- - Nie przejmuj się tymi typkami spod ciemnej gwiazdy. – Zaśmiałam się. Typki spod ciemnej gwiazdy. Strzał w dziesiątkę!
Szesnastoletnia Kimberly Hauer od sześciu lat mieszka wraz z ciotką, wujem i kuzynką. Rodzina Accardich nie należy do biednych. Angelo Accardi zajmuje się bliżej nieokreślonym biznesem i jest ulubionym członkiem rodziny Kim. Próbuje sprawić aby czuła się kochana. Od pewnego momentu stał się jednak trochę bardziej podejrzliwy, a owym momentem był dzień w którym Kim poznała chłopaka o imieniu Alex. Jaką tajemnice skrywa Alex? Czy wuj też ma swoje sekrety?
niedziela, 22 lutego 2015
Rozdział 4
sobota, 31 stycznia 2015
Rozdział 3
- Nowy rozdział! Zapraszam serdecznie do komentowania :D
- - I odjechała bez ciebie? Nie możliwe! Co za żmija. Powinnaś jej pociąć tę sukienkę jak tylko ją kupi.
- - Nie kupi. Przynajmniej nie dzisiaj.
- - No tak… Dobrze, że podwiózł cię wujek. Ale ja na twoim miejscu ciągle bym się na niego gniewała. Ale z drugiej strony, to niezłe z niego…
- - Nie kończ! To mój wujek, a nie towar w markecie!
- - Przepraszam. Przeprasza. – Nie wyglądała na skruszoną. – A zmieniając temat. Jesteś pewna, że ten mężczyzna cię już nie śledzi?
- - Tak. Kto normalny śledziłby nastolatkę w galerii? A czemu pytasz?
- - Bo tamten facet ciągle nam się przygląda.
- - Gdzie? – Rozejrzałam się. Rzeczywiście chłopak niewiele starszy od nas przyglądał się nam przez szybę.
- - Za młody. Tamten był starszy.
- - Jej super! To znaczy, że chce nas poderwać!
- - Jej! – powiedziałam bez entuzjazmu. Chłopak puścił do nas oko i ruszył w naszym kierunku.
- - Cześć dziewczyny. – Przywitał się kiedy stanął przy naszym stoliku. Usiadł koło Margaret. – Mogę się przysiąść? – Idiota już siedział.
- - Jasne. Jestem Meg. A to Kim.
- - Cześć. Ja jestem Ed. – Rozłożył ręce na oparciu kanapy na której siedział z Meg, tak, że teraz prawie obejmował ją ramieniem. Ten zboczony uśmieszek i wzrok który wylądował na piersiach mojej przyjaciółki powodował, że nie czułam do niego zbyt pozytywnych uczuć. Jeszcze nigdy tak się nie cieszyłam, że miałam na sobie bluzę. – Więc co tu robicie?
- - Drobne zakupy i ploteczki. A ty? – Meg odpowiedziałam pierwsza. Ja natomiast przyglądałam się mu w milczeniu. Chłopak był wysportowany, miał blond włosy i niebieskie oczy.
- - Mam się tu z kimś spotkać.
- - Meg. Kim. – Znajomy głos spowodował, że spojrzałam w innym kierunku. Patrzyłam z niedowierzaniem na chłopaka który usiadł koło mnie.
- - Świetnie. Czy ten dzień może okazać się gorszy? – Obaj spojrzeli na mnie. Ed z uśmiechem, a Alex ze zdziwieniem.
- - Nic się nie zmieniłaś - stwierdził. – No chyba, że nie liczyć tego, że tamten stój bardziej mi się podobał.
- - Odczepisz się jak oddam ci za taksówkę? – Chłopak się zaśmiał.
- - Wątpię. – Uderzyłam go w ramię. – Au! Za co to?
- - Za wszystkie kłopoty!
- - Al jakie kłopoty przysporzyłeś panią? – Blondyn patrzył z rozbawieniem na Alexa.
- - Nie jestem pewna, czy można je zliczyć.
- - Nie przesadzaj maleństwo – posłałam jej mordercze spojrzenie. – No jednak trochę kłopotów było.
- - Al to synonim kłopotów.
- - Odezwał się! – Odgryzł się Alex. Wygląda na to, że ta dwójka się zna.
- - Pochwalisz się jakich to problemów ci przysporzył? – Nie. Przecież ja nawet ich nie znałam. Dlaczego z nimi rozmawiałam?
- - Wczoraj kiedy źle się poczuła Alex dał jej do popicia wódkę.
- - Która z resztą wylądowała na mojej koszuli. – Wtrącił Alex.
- - Czego nie wiedział jej… ojciec – ojciec? – i myślał, że jest pijana.
- - Przecież ona była bardziej trzeźwa niż ja!
- - Mówiłeś, że nie pijesz. – Wytknęłam mu.
- - Tak. Ale wtedy nie znałem waszego przyjaciela Bena.
- - Znalazłeś go? Przeprosiłeś go za nas i powiedziałeś, że pojechałyśmy? – Zdziwiłam się.
- - Coś w tym stylu.
- - O nie wątpię. – Wtrącił się Ed.
- - Edward zamknij się!
- - Edward?
- - Dla przyjaciół Ed. – Uśmiechnął się.
- - Obaj jesteście stuknięci. A my zadajemy się z normalnymi ludźmi. Ed nie miałeś się przypadkiem z kimś spotkać?
- - Już się spotkał. – Odpowiedział za niego Alex.
- - Że wy… - spojrzałam na nich – eh jak to mówią, nieszczęścia chodzą parami. – Spojrzałam na Meg która nie mogła oderwać oczu od Edwarda. Jeszcze nigdy nie widziałam jej takiej zauroczonej. Ed też na nią spojrzał i uśmiechnął się zadowolony. Odwróciłam wzrok i natrafiłam na oczy Alexa. Uśmiechał się łobuzersko. – Co się tak uśmiechasz jak pacan? – Wskazał ruchem ręki na Meg i Edwarda, którzy właśnie się całowali. - Meg! – Kopnęłam jej nogę pod stołem. Albo jednak nie jej, ponieważ to Ed spojrzał na mnie z urazą. Jednak się od niej nie odkleił. Poczułam, że twarz chłopaka siedzącego koło mnie zbliża się do mojej. – Nawet o tym nie myśl! – Chłopak tylko się uśmiechnął. – Jestem lesbijką! – W końcu udało mi się zetrzeć jego uśmieszek z pięknej twarzy. Jednak nie na długo. Meg zaczęła śmiać się tak głośno, że wszyscy w kawiarni patrzyli na nas.
- - Irene by mnie zabiła – burknęłam pod nosem, co wywołało kolejną fale śmiechu. Chłopcy też się śmiali, choć nie mogli wiedzieć o czym mówiłyśmy.
- - Tym b-bardziej powinnaś… nie mogę! Już mnie brzuch boli od śmiechu! – Zaśmiałam się razem z nią. Ludzie zaczynali tracić zainteresowanie czworgiem nastolatków i wrócili do swoich zajęć.
- - Czyli nie jesteś lesbijką? – Ed patrzył na mnie wyczekująco. Musiałam być naprawdę niezłym kłamcą.
- - Tak. Z pewnością. – Albo jednak nie takim dobrym. -Nawet jeśli, to po tym całusie jej orientacja się zmieni. – Jak normalnie nie jestem agresywna, no może nie licząc sytuacji z Claudią, poczułam jak krew napływa mi do twarzy. Uderzyłam go pięścią w brzuch. Pewnie nawet go nie zabolało, ale zawsze coś. Au, nawet jeśli on nic nie poczuł moja ręka natrafiła na twarde mięśnie jego brzucha.
- - Nawet o tym nie myśl. Nawet jeśli nie jestem lesbijką… - zatrzymałam się. To co?
- - Jej ojciec by cię zabił. – Dokończyła za mnie Meg.
- - Dokładnie. – Sprytnie, pochwaliłam koleżankę w myślach.
- - Ja nie boję się nikogo. – Stwierdził lekko znudzony, jakby musiał powtarzać oczywisty fakt po raz setny.
- - Tu muszę się zgodzić z Alexem. Źle trafiłyście. – Panowie „jesteśmy najlepsi” siedzą ze mną przy stoliku? Co za zaszczyt, zakpiłam w myślach.
- - Och doprawdy? W takim razie jeszcze nie miałeś sposobności poznać jej rodziny. – Margaret skwitowała.
- - Już się nie mogę doczekać wspólnej kolacji zatem. – Kontynuował Alex.
- - Zaraz zaraz! Ustaw się w kolejce. Ja czekam już 6 lat i jeszcze ani razu nie byłam u niej w domu.
- - Mieszkasz w więzieniu? – Ed zadał to pytanie bez cienia powagi.
- - Nie.
- - Coś w tym stylu – odpowiedziałyśmy w tej samej chwili.
- - Robi się coraz bardziej interesująco. – Mruknął Alex i spojrzał w szybę. – Ed. – wstał i złapał chłopaka za ramię. – Do zobaczenia dziewczyny. – Wyszli. Odprowadziłam ich wzrokiem. Podeszli do Wysokiego łysego mężczyzny. Dopiero teraz zauważyłam, że Alex jest trochę wyższy od Edwarda, i był trochę bardziej umięśniony. Ogólnie byli zupełnymi przeciwieństwami. Alex z zainteresowaniem przysłuchiwał się mężczyźnie. Edward natomiast ze znudzeniem wpatrywał się w swoje buty. Alex nagle również stracił zainteresowanie rozmową i leniwie oparł się o ścianę. Odwróciłam głowę.
- - Jak mogłaś go pocałować?!
- - Był taki słodki. Podoba mi się. O co ci chodzi? Nie wolno mi się całować na pierwszej randce?
- - To nie była żadna randka. Nic o nim nie wiesz. Spotkałaś go dziesięć minut temu.
- - Wiem o nim całkiem sporo – uniosłam jedną brew – jest nieziemsko przystojny. Całuje najlepiej na świecie. Ma na mię Edward. Jego przyjaciel to Alex.
- - Tak i to chyba jego największa wada. Zadaje się też z nieodpowiednim towarzystwem. – Patrzyłam na dryblasa z którym rozmawiali.
- - Przestań marudzić i ruszmy się stąd wreszcie. O 20 spotykasz się z wujem w restauracji.
- - Z wujem? Myślałam, że z ojcem.
- - Nie patrz tak na mnie. Musiałam coś wymyśleć.
- - Dzięki.
- - A pro po wymyślania… następnym razem pomyśl dwa razy zanim stwierdzisz, że jesteś lesbijką, bo mój brzuch więcej razy tego nie wytrzyma. Poszli sobie. – Z przykrością stwierdziła Meg kiedy po zapłaceniu rachunku wyszłyśmy przed kawiarenkę. Rozejrzałam się. Rzeczywiście nigdzie ich nie było. Był za to ktoś inny. Ten sam mężczyzna który wcześniej szedł za mną wyszedł za nami z kawiarni i podszedł do witryny sklepowej ukradkiem nam się przyglądając. Poczułam jak przebiega mnie zimny dreszcz. Byłam w miejscu publicznym, z przyjaciółką. Nic nie mogło mi się stać. Prawda?
- - Meg? – Szepnęłam w stronę przyjaciółki starając zachować się normalnie.
- - Co jest?
- - Ciszej – szeptałam. - Widzisz tego mężczyznę który stoi po mojej prawej stronie.
- - Tak. I co z nim?
- - To ten sam, który mnie śledził.
- - Jesteś pewna? Mówiłaś, że nie mogłaś mu się przyjrzeć.
- - Tak, wiem. Ale jestem pewna.
- - No nie wiem. Nie wygląda na złodzieja. Jest ubrany w garnitur, chodź z drugiej strony to robi z niego głównego podejrzanego. Idź za mną. Wiem jak go zgubić. – Nie rozumiałam jej logiki, ale posłusznie zrobiłam jak kazała.
- Nie wiem ile to trwało, ale przeszłyśmy chyba całą galerię. I za każdym razem, gdy myślałyśmy, że już go zgubiłyśmy on znów się pojawiał. Moje nogi odmawiały mi już posłuszeństwa.
- - A może to ten cały Bill? – Zaczęłam myśleć nad racjonalnym wytłumaczeniem dlaczego ten mężczyzna miałby mnie śledzić.
- - I łazi za tobą jak prześladowca, zamiast jak wierny pies? – Meg spojrzała na mnie z powątpiewaniem.
- - Może masz rację. – Poddałam się.
- - Mam plan.
- - Tak wiem. Realizujemy go od godziny. – Powiedziałam zmęczona.
- - Ten jest lepszy.
- Powlekłam się za przyjaciółką. Weszłyśmy do jednego ze sklepów. Meg złapała jakieś spodnie, bluzkę i dwie bary kozaków i wcisnęła mnie i siebie do przymierzalni.
- - To nie jest dobry pomysł, aby teraz przymierzać ciuchy. – Jeśli to był jej genialny pomysł, to jesteśmy zgubione. Na samą myśl, że miałabym wyjść z galerii i po ciemku iść do restauracji, mając świadomość, że on za mną idzie… Ugięły się pode mną nogi.
- - Ciiii. Zaufaj mi. - Ustawiła budy na ziemi tak jakby ktoś tu stał, a ubrania odwiesiła na wieszaki. – Wychodzimy.
- - Żartujesz?
- - Nie. Spójrz za siebie. – Spojrzałam i stwierdziła, że za mną znajdowała się taka sama zasłonaka jak ta, przez którą weszłam.
- - Wejście z dwóch stron?
- - Dokładnie. – Skinęła i wyciągnęła mnie z drugiej strony.
- - Rozumiem, że buty są na zmyłkę, ale ubrania?
- - Żeby obsługa się nie czepiała, że mierzymy tylko buty w przymierzalni.
- - Jak często organizujesz ucieczki? – Zażartowałam.
- - Za rzadko – zaśmiała się – to taka frajda!
- - Frajda? – Bęc wpadłam na kogoś i aż krzyknęłam. Czyjeś ramiona otoczyły mnie niczym w klatce. Złapał mnie!
- - To tylko wy. – Odetchnęłam z ulgą kiedy odkryłam, że to nie mój prześladowca, a jedynie Alex.
- - Tylko my? – Aleks patrzył na mnie z niedowierzaniem. Czułam jego silne mięśnie owinięte wokół mnie.
- - Kogo się spodziewałyście? – Ed przyglądał się Meg.
- - Z dwojga złego wolę was. – Skwitowałam i odepchnęłam od siebie Alexa, a przynajmniej próbowałam. – Puszczaj!
- - Kogo się spodziewałyście? – Zignorował moje polecenie.
- - Gościa który nas śledzi.
- - Meg! – Upomniałam ją. – Czy ty potrafisz choć przez chwile nic nie mówić?
- - Ktoś was śledzi? – Alex spojrzał na Meg.
- - Nie! – spojrzałam znacząco na Meg – Puszczaj! Idziemy! – Wszyscy mnie zignorowali. – Mówię puszczaj, bo inaczej nigdy nie zostaniesz ojcem! – Zagroziłam mu. Ciężko było mi patrzeć w jego twarz, ponieważ był wyższy ode mnie, i przyciskał moją twarz do swojej klatki piersiowej. – Zgnieciesz mnie! – Poluzował uścisk. Tym razem udało mi się wyswobodzić. Posłałam mu triumfalny uśmieszek.
- - Meg chodźmy już, bo się spóźnię.
- - Spóźnisz? Gdzie? – Alex był strasznie ciekawski.
- - Dlaczego wy zadajecie tyle pytań?
- - Która godzina – Wtrąciła się Mag. Ed sprawdził godzinę na zegarku.
- - 19.30 – odpowiedział, a ja jęknęłam.
- - Spóźnię się!
- - Na co?
- - Na kolację z ojcem. – Odpowiedziała za mnie przyjaciółka.
- - Gdzie?
- - W Jb’s Restaurant! Możemy już iść?
- - Odprowadzimy was – Alex.
- - Nie trzeba.
- - Nalegam – naciskał Alex.
- - Egh. Zgoda. Odprowadzimy was. – Zgodził się Ed. Zaraz, zaraz, czy to nie my powinnyśmy się zgodzić?
- - Chętnie – wymiękła Margaret. Czy kogoś tu obchodzi moje zdanie? Ręka bruneta wylądowała na moim ramieniu. Strąciłam ją, nie patrząc na niego. Edward zrobił to samo, ale Meg wydawała się wniebowzięta.
- - Jasne. Może wtedy przynajmniej będzie miał kogo okraść – westchnęłam. Ale chyba poczułam się bezpieczniej. Na zewnątrz było już ciemno.
- - Nikt nie dałby nam radę.
- - Z pewnością – potaknęłam Alexowi.
- - Skąd u młodej dziewczyny tyle sarkazmu?
- - To się nazywa życie. Zresztą ty też stary nie jesteś. – Rozmawiałam z Edwardem.
- - Mam 21 lat. Przypuszczam, że jestem od was starszy. Smarkacz ma 19. – Alex uderzył go w głowę.
- - Licz się ze słowami!
- - Dzięki. Stąd już sobie poradzę. – Jasne wejście do restauracji było kilkadziesiąt metrów przed nami. Alex chciał coś powiedzieć, ale Ed się wtrącił.
- - Ok. W takim razie my już dalej nie idziemy. Do zobaczenia. – Odmachałam Edowi. – A ty Meg gdzie idziesz? Może cię odprowadzić? – Zatrzymałam się w półkroku.
- - Spokojna głowa. Zajmiemy się nią. – Uśmiechnął się Alex.
- - Właśnie to mnie martwi. – Zmarszczyłam brwi. Gdyby ktoś ją zaatakował w ciemnym zaułku z pewnością we dwóch dali by mu radę, gorzej, jeśli to oni zaczaili się na nią. Skąd u mnie taka niechęć do nich? To musi być wrodzone.
- - Nie martw się Kim. Poradzę sobie z nimi – podniosłam brwi. – Nie pocałuję dziś już nikogo.
- - To im nie ufam, a nie tobie.
- - Daj spokój baby girl. Nic jej nie będzie.
- - Nie nazywaj mnie tak!
- - Przecież to miłe – stwierdził Ed.
- - Słyszysz baby girl?
- - Jeszcze jedno słowo i pożałujesz?
- - Tak? A co niby możesz mi zrobić? – Nic, i o to chodziło, że nic! Zrobił krok w moją stronę, a ja krok do tyłu.
- - Coś wymyślę – powstrzymałam się od zrobienia kolejnego kroku do tyłu.
- - Nie wątpię. – Na jego twarzy pojawił się szelmowski uśmiech. Poczułam, że puls mi przyśpiesza. Miałam tak wielką ochotę uderzyć go pięścią…
- - Biegnij, bo się spóźnisz. – Pośpieszyła mnie przyjaciółka, wyrywając tym samym z sadystycznych myśli. Jak on to robi, że mnie tak irytuje?
- - Nie ufam im. – Wskazałam palcem na Alexa.
- - Ja też nie. Myślisz, że nie potrafię się o siebie zatroszczyć?
- - Nie o to chodzi.
- - Samochód twojego wu… ojca właśnie odjechał spod restauracji – wahałam się jeszcze przez chwilę. – No idź!
- - Dobra. Ale jak coś się stanie, to nie zawaham się użyć Billa! – Meg się zaśmiała.
- - Jasne. Pozwalam.
- - Jakiego Billa? – Zignorowałam Alexa i poszłam do restauracji. – Jakiego Billa? – Usłyszałam jak Alex ponawia pytanie.
- - Odpuść młody! – Ed przerwał przyjacielowi. – Naprawdę nie zamierzasz już nikogo dziś całować? – Zwrócił się do Meg.
- - Taki miałam plan.
- - Plany się zmieniają.
- - Przewidziałam to. – Nie wierzę. Ona z nim flirtowała!
- - Ja się zmywam. – Alex chyba miał dość uroczej parki.
- - Młody żadnych głupstw!
- - Będę grzeczny jak baranek. – Potem nic już nie słyszałam. Byłam za daleko.
- W restauracji było ciepło i całkiem przytulnie. Kobieta za ladą od razu mnie rozpoznała i zaczęła prowadzić, ale o dziwo nie do stolika, tylko do jakiegoś pokoju. Rzadko jadaliśmy poza domem, ale jeśli już szliśmy na kolację na miasto, to zawsze tutaj. Nie rozumiałam jedynie dlaczego zaprowadziła mnie do tego biura.
- - O co chodzi… – Spojrzałam na kobietę w eleganckim mundurku z przyczepioną plakietkę z imieniem. – Lucy?
- - Kim! Gdzieś ty się podziewała. – Ci idioci musieli przetrzymać mnie naprawdę długo skoro się spóźniłam. Byłam pewna, że jestem przed czasem. - Dzwoniłem do ciebie tysiąc razy! – Wuj był ubrany jak zwykle w garnitur. Znowu patrzył na mnie gniewnie i z troską za razem.
- - Tysiąc pierwszy też nic nie da. Mój telefon się zepsuł. – Wyjaśniłam spokojnie.
- - Jak to się zepsuł? Mogłaś powiedzieć. Mógłbym kazać go naprawić, albo…
- - To chyba nie możliwe. Zostały z niego tylko szczątki. – Widząc jego spojrzenie zaczęłam wszystko tłumaczyć. – Upadł mi kiedy schodziłam po świętej pamięci drzewie.
- - Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- - W ciągu ostatnich dwunastu godzin działo się tak wiele, że jakoś ta drobnostka wyleciała mi z głowy.
- - Drobnostka? A gdyby ci się coś stało? – Dziś na przykład kiedy prześladowca mnie śledził? Przez chwilę się wahałam, czy mu o tym powiedzieć.
- - Strasznie się o ciebie martwiłem.
- - Dlaczego?
- - Ponieważ – zastanawiał się przez chwilę – nie odbierałaś telefonu.
- - Przecież nawet się nie spóźniłam – wujek zachowywał się dziwnie. – Wciąż mi nie ufasz? Chciałeś sprawdzić gdzie jestem i co robię? – W sumie to miał prawo mi nie ufać. Nie byłam tam gdzie być powinnam.
- - Nie o to chodzi. Po prostu zawsze odbierasz.
- - Skończmy już. Umieram z głodu.
- Nic więcej nie powiedział. Otworzył przede mną drzwi. Usiedliśmy przy stoliku.
- - Spóźniłaś się.
- - Jakbym chciała to usłyszeć, to jadłabym w domu z ciotką Irene. – odgryzłam się.
- - Kim nie przy moim stole. – Mogłabym jeszcze zranić delikatną Księżniczkę?
- - Dobrze wujku.
- - Można przyjąć zamówienie?
- - Dla mnie to co zwykle.
- - Poproszę Łososia w papilotach z porami i ziołami – że co proszę? Czy papiloty, to nie jest przypadkiem takie coś co się nosi na głowie, żeby mieć kręcone włosy, czy coś?
- - Poproszę pierś kurczaka w sosie miodowym. – Zamówiłam moją ulubioną potrawę.
- - Coś do picia?
- - Château Pétrus rocznik 1980.
- - Dla mnie sok pomarańczowy. – Wtrąciłam zanim kelnerka odeszła. Wuj pozwalał pić nam wino do obiadu lub kolacji, mimo że nie byłyśmy jeszcze pełnoletnie. Uważa, że to normalne. Posiłek bez wina to nie posiłek. Ja natomiast nie lubiłam tego smaku. Wystarczyło, że spróbowałam kiedyś na koniuszek języka.
- - Udały się zakupy?
- - Och nie! Nie mogłam znaleźć żadnej ładnej sukienki. Znaczy się znalazłam trzy, ale nie mogłam się zdecydować. – Przewróciłam oczami. To straszne! Zakpiłam w myślach.
- - Trzeba było kupić wszystkie trzy. – Wujek, który sam zaczął ten temat nie wydawał się zainteresowany. Serio? Wszystkie trzy? Jak on będzie ją tak ciągle rozpieszczał…
- - Tak też zrobiłam. Teraz pozostaje jednak problem którą wybrać. Jeśli nie uda mi się wybrać…
- - Kupisz sobie czwartą – dokończyłam za nią.
- - Nie myślałam o tym w ten sposób. Wtedy nie musiałabym wybierać. – Jej co za ulga, nie ma to jak wyrzucić tyle pieniędzy w błoto.
- - Pozostałe trzy możesz w takim razie oddać.
- - Oddać? Kto tak robi? – Nie mogłam uwierzyć, że to powiedziała. Kto? Ja? Ludzie? Wszyscy?
- - Bambina nie musisz martwić się o pieniądze. Mam ich wystarczająco. Jeśli chcesz też możesz kupi sobie cztery sukienki. – Westchnęłam. Zawsze o tym marzyłam. A biedne dzieci w Afryce nie było stać na kubek wody.
- - Ale po co mi aż tyle?
- - Nie wiem – przyznał szczerze – myślałem, że dziewczyny tak lubią. Iść na miasto, coś sobie kupić. Wydać pieniądze. Pochwalić się co się kupiło. Poplotkować o tym.
- - Papo dziewczyny nie plotkują o ciuchach, tylko o chłopakach. Dlatego kupują ubrania, żeby jakiegoś upolować.
- - Upolować?
- - Tak robią wszystkie dziewczyny. – Zapewniła go Claudia.
- - W takim razie ja nie jestem dziewczyną – zauważyłam.
- - Nigdy tego nie kwestionowałam. Myślałam, że wiesz. – Posłałam zabójcze spojrzenie kuzynce.
- - Albo nie jesteś jak wszystkie. – Zauważył wujek. Tak trzymaj! – Przepraszam. Tak mi się wymsknęło. – Spojrzał na Claudię.
- - Albo jesteś lesbijką. – Zaśmiałam się. No nie mogę. Szkoda, że nie było jej dziś w kawiarni.
- - Coś jeszcze? Może kosmitą?
- - Nie masz żadnych dowodów. Nigdy nie miałaś chłopaka. – Miałam ochotę zdjąć jej ten uśmieszek z twarzy.
- - Ty za to na pęczki. Pewnie wszyscy już wiedzą, że nie jesteś lesbijką. Ciekawa jestem, ilu z nich sprawdzało, czy jesteś dziewicą. – Dlaczego drążyłam ten głupi temat?
- - Kim nie przy moim stole!
- - Przepraszam.
- - Ty się jeszcze nigdy nie całowałaś! – Kontynuowała Claudia.
- - Skąd możesz to wiedzieć? Może mam chłopaka? Może uprawiałam już seks? – Ależ ona mnie irytowała!
- - Kim! – Wujek znów zareagował.
- - Przepraszam. – Miałam dość tej jędzy!
- - Masz chłopaka? Nigdy mi nie mówiłaś. – Wyglądał na… zawstydzonego? O nie tylko nie to pytanie! – Uprawiałaś…
- - Nie! Nie, nie, nie. Wujku nie. – Poczułam, że robię się czerwona na twarzy, tym razem nie ze złości. - Jestem wciąż dziewicą, nie mam chłopaka, nigdy się nie całowałam. To takie upokarzające i dziwne rozmawiać o tym z tobą. Możemy już zmienić temat?
- - Oczywiście. – Wujek też był zadowolony, że zmieniliśmy temat. Panowała niezręczna cisza, potem przyniesiono nasze potrawy i wszyscy zajęliśmy się jedzeniem. Po kolacji przyszedł czas na deser. I na szczęście rozmawialiśmy na luźne tematy. Około 22 wujek kazał nam wrócić do domu. Wyszłam z Claudią przed restaurację. Samochód już tam stał. Ale nie tylko nasz. Obok stała podobna limuzyna. Chłopak który się o nią opierał mrugnął do mnie. Przetarłam oczy wywołując u niego śmiech. Czy on się kiedyś ode mnie odczepi? Nie odwzajemniłam uśmiechu. A nich tu sobie sterczy. Mam nadzieję, że właściciel limuzyny skopie mu tyłek za to, że się o nią opiera. Wsiadłam do samochodu razem z Claudią. Na moje szczęście nie odezwała się do mnie ani razu. Pochłonięta była pisaniem smsów . Totalnie wykończona rzuciłam się na łóżko zaraz po powrocie do domu. Mogłam w końcu zamknąć drzwi, choć nie na klucz, ale zawsze coś. Kątem oka zauważyłam, że moje okno ma teraz dziwny mechanizm przyczepiony obok. Nie miałam jednak siły teraz się tym zajmować. Jutro należałoby jednak przedyskutować ten beznadziejny pomysł z wujem. Całą energię skierowałam w stronę nóg i resztkami sił weszłam pod prysznic. Poczułam się o niebo lepiej. Umyta i w czystej piżamie przykryłam się po uszy miękką kołdrą zapadając się w miękkim materacu. Poczułam, że odpływam i nie próbowałam się bronić. Sen to coś czego potrzebowałam.
- Moje powieki były z rana cięższe niż wczoraj. O ile godzinę 12 można było nazwać rano. Zastanawiający był fakt, że nikt nie obudził mnie o dziewiątej na śniadanie. Czyżbym została wydziedziczona z rodziny? Rozejrzałam się sennie po pokoju. Nic nie wskazywało na to, że już tu nie mieszkam. Przetarłam oczy i ziewnęłam. Chyba czas wstawać. Sięgnęłam po spodnie i zatrzymałam się w pół ruchu. Ale skoro nikt się mnie dziś nie czepia, to może nie muszę dziś robić nic? Zamiast spodni wyciągnęłam z szafy szlafrok. Zapowiadał się całkiem miły dzień. Założyłam kapcie na nogi i ostrożnie, po cichu uchyliłam drzwi. Wystawiłam głowę i rozejrzałam się ostrożnie. Pusto. Podeszłam do schodów i zjechałam po poręczy, omal nie gubiąc jednego pantofla. Wylądowałam miękko na podłodze. Na palcach weszłam do kuchni drugimi drzwiami omijając jadalnię. W kuchni natrafiłam na Madeline. Patrzyła na mnie jak na zjawę. Położyłam palec wskazujący na własnych ustach.
- - Cii. Mnie tu nigdy nie było. Zmywam się do ogrodu.
- - W piżamie i szlafroku?
- - Ciii nie mów jędzy.
- - Jędzy? – Upst.
- - Ciotce.
- - Nie będzie ci zimno w samym szlafroku?
- - Nie. Dziś jest chyba nawet cieplej niż wczoraj.
- - Chcesz herbatę?
- - W sumie to całkiem dobry pomysł.
- - Jaką herbatę?
- - Sama mogę sobie zrobić.
- - Za co oni mi płacą? – Zapytała kiedy zaczęłam sama zaparzać sobie napój.
- - Za zmienianie tac z szynkami. I za robienie najlepszych na świecie kanapek do szkoły. A przy okazji. Nie wiesz dlaczego nikt nie męczył mnie dziś ze śniadaniem?
- - Nie wiem. Pan Accardi kazał nie budzić panienek.
- - To dziwne. Jest teraz w domu?
- - Nie wiem. Nie widziałam go od rana kiedy poinformował mnie, żeby was nie budzić.
- - A ciotka Irene?
- - Pani Accardi wyjechała do miasta zaraz po śniadaniu. – Poczułam, że mój brzuch zaczyna burczeć na samą myśl o śniadaniu. – Jesteś głodna?
- - Chyba nie pogardziłabym jakąś kanapką do tej herbaty – Sięgnęłam w stronę świeżych bułek. Ale czyjaś ręka mnie wyprzedziła.
- - Myślałam, że płacą mi za najsmaczniejsze kanapki na świecie. – Uśmiechnęła się do mnie, a ja odwzajemniłam uśmiech. Przyglądałam się uważnie jak robi mi śniadanie i co jakiś czas podjadałam plasterek ogórka.
- - Dziwny ten dzień. Kiedy wraca ciotka?
- - Na kolację. Claudia ma się z nią spotkać w mieście o 14.
- - Hmmm… A wuj?
- - Nie wiem.
- - Czyli mam cały dom dla siebie przez cały dzień? – Kusząca perspektywa.
- - Na to wygląda. Twoje kanapki. – Podała mi tacę z równo poukładanymi kanapkami.
- - Dzięki. – Cmoknęłam powietrze koło jej policzka. Spojrzała na mnie karcąco. – No co? To nie są czasy niewolnictwa, że nie wolno mi się z tobą przyjaźnić. Ty tu pracujesz, a nie służysz.
- - Korzystaj lepiej z dnia. Jutro wracasz do szkoły.
- - Wiem, wiem. – Wyszłam przez drzwi kuchenne i skierowałam się w stronę mojej ulubionej części ogrodu. Jutro znowu szkoła i jedynym pocieszeniem jest fakt, że to oznacza, że spotkam się z Meg. Usiadłam na huśtawce starając się jej nie rozbujać, aby talerz z kanapkami nie upadł kiedy ustawiłam go na kolanach. Kiedy wszystko już zostało opróżnione odłożyłam naczynia delikatnie na ziemi. Tak właściwie, to chyba jeszcze nie odrobiłam lekcji… Ten weekend był pełen wrażeń, więc nie dziwne, że o tym zapomniałam. Zajmę się tym, ale jeszcze nie teraz. Szkoda, że nie wzięłam ze sobą książki. Historie z książek są takie niesamowite. Dziewczyna spotyka niegrzecznego chłopaka i choć na początku go nienawidzi, potem zaczyna coś do niego czuć. Chłopak się zmienia i żyli długi i szczęśliwie. Albo historia kopciuszka, albo wzruszające wyciskacze łez. Wszystko wydaje się wspaniałe. Nie wiem ile czasu minęło, ale w końcu wstałam i wróciłam do domu przez kuchnie zostawiając po drodze kubek i talerz. Na schodach spotkałam Claudię. Minęłyśmy się bez słowa. Dziewczyna śpieszyła się chyba, bo szybkim krokiem wyszła przez frontowe drzwi. No tak miała się spotkać z ciotką o 14. Weszłam do pokoju, usiadłam przy biurku i zaczęłam odrabiać lekcje. Było ich całkiem sporo i chcąc nie chcąc spędziłam nad nimi prawie całe popołudnie. Kiedy zeszłam na dół kolacja była już przyszykowana. Byłam pierwsza w jadalni. Zajęłam swoje miejsce przy stole. Chwilę później do pokoju weszła ciotka Irene. Na mój widok jej twarz się rozpromieniła. Posłała mi szeroki uśmiech. Zdziwiłam się, ale postanowiłam to zignorować. Sytuacja powtórzyła się jednak kiedy Claudia usiadła do stołu. O co tu chodzi? Czy wszyscy dziś powariowali? Wuj wszedł do jadalni, zanim zdążył usiąść moja kuzynka zerwała się z krzesła i podbiegła do niego rzucając się na jego szyję.
- - Tatku jesteś kochany! – Wuj mruknął coś w odpowiedzi.
- - Kochanie musimy ustalić dużo szczegółów. Listę gości…
- - Nie teraz – uciął wujek.
- - O co chodzi? – Nie wytrzymałam.
- - Nie wiesz? Będę debiutantką. Tata wyprawia tegoroczny bal dla debiutantek. Może decydować kto w tym roku wejdzie do towarzystwa, a kto nie. – Debiutantką… odkąd tu przyjechałam słyszałam o tym co roku. Każda dziewczyna z wyższych sfer planowała jaką suknię kupi i z kim na nim się pojawi zanim skończyła dziesięć lat. Ja też myślałam nad tym kilka razy. Wyobrażałam sobie jak schodzę po wielkich marmurowych schodach w białej balowej sukni i obowiązkowo w białych długich rękawiczkach... – A co z Kim? – Claudia spytała z uśmiechem. – Ona też będzie miała debiut w tym roku? – Pytanie wydawało mi się zbędne. Skoro bal był wystawiany u nas a wujek mógł decydować kto bierze w nim udział, to dlaczego niby miałabym nie…
- - Nie ma mowy! – Pan domu prawie krzyknął. Musiałam pilnować się, aby moja szczęka nie opadła z zaskoczenia, ale nic nie mogłam poradzić na napływające mi do oczu łzy.
- - Ale… - czułam w gardle wielką gulę która uniemożliwiała mi powiedzenie ani słowa więcej.
- - Nie ma żadnego ale. – Wujek kontynuował jedzenie i nie spojrzał na mnie nawet. Kiedy poczułam, że łzy płyną strumieniami po moich policzkach wstałam raptownie od stołu przewracając przy tym krzesło. Wybiegłam z pokoju nie patrząc za siebie. Nikt nie próbował mnie nawet zatrzymać. Kiedy znalazłam się w pokoju żałowałam, że nie mam drzwi na klucz. W przypływie nagłego impulsu przesunęłam jedną z lżejszych szafek pod drzwi. Następnie rzuciłam się na łóżko. Pewnie dla kogoś ubogiego moja histeria wydawać by się mogła śmieszna, ale to było naprawdę ważne wydarzenie, tylko że to nie był najważniejszy powód. Po prostu czułam się jakby moje serce rozbito na setki małych kawałeczków. Wujek nie pozwolił mi iść, a ja nie rozumiałam dlaczego. Dlaczego był dla mnie taki zimny? Dlaczego mi nie pozwolił? Czy tak naprawdę przeszkadza mu to, że tu mieszkam? Nie chce wyprawiać balu dla kogoś innego niż jego córka? Poczułam, że mój oddech był niestabilny, łapałam powietrze jakbym wypłynęła na powierzchnię wody po długim wstrzymywaniu oddechu. Zamknęłam oczy chcąc powstrzymać płynące łzy oraz uspokoić oddech. Kiedy je otworzyłam złapałam ostrość na niewielkim pudełku leżącym na mojej szafce nocnej. Kiedy wzięłam je do ręki jakaś mała karteczka spadła na ziemię. Zajrzałam pod łóżko ale nic tam nie było. Musiało mi się wydawać. Pociągnęłam nosem, wytarłam resztki łez z policzków i otworzyłam pudełko. Telefon. Biały, dotykowy telefon komórkowy. W samą porę. Pomyślałam i wyjęłam go z opakowania. Włączyłam go i od razu wpisałam numer przyjaciółki. Odebrała po dwóch sygnałach.
- - Cześć kochana! Skąd masz swój stary numer? Udało ci się odzyskać stary numer na nową kartę? – Nic nie odpowiedziałam. – Słyszałam, że twój wuj wyprawia bal debiutantek. To dopiero będzie zabawa! Myślisz, że Ed… Płaczesz? – Nic nie odpowiedziałam, znów zaczęłam cicho chlipać.
- - Co się stało Maleństwo?
- - Nic ważnego. Ja tylko… nie idę na bal debiutantek.
- - Jak to nie idziesz? Przecież tyle razy… - Zaczęłam płakać głośniej. – Przepraszam, nie chciałam cię jeszcze bardziej zasmucić. Dlaczego nie idziesz?
- - Wuj mi nie pozwolił. – Po drugiej stronie zapadła cisza.
- - Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Jak się czujesz.
- - Nie wiem. Mam już dość tego weekendu.
- - Ja też Maleństwo. Ja też. Chcesz mi opowiedzieć co się stało?
- - Ale właściwie, to nie ma co opowiadać. – Westchnęłam i po krótce opisałam całe zajście w jadalni.
- - Nie rozumiem.
- - Może wciąż jest na mnie zły za klub? A może uważa, że tylko jego córka na to zasługuje. Właściwie nie mogę go obwiniać, nie jest mi nic winny. Nie ma obowiązku wyprawiać mi balu, ale nie rozumiem dlaczego musiał to przedstawić w taki sposób. - „ Nie ma mowy!” te słowa jeszcze do tej pory dźwięczały mi w uszach.
- - Może jędza mu namąciła w głowie? Albo Claudia?
- - Wiesz tak samo dobrze jak na, że mojemu wujowi nie można ta łatwo namieszać w głowie.
- - No tak. Ale nie myśl już dzisiaj o tym. Powinnaś wcześniej położyć się spać, a jutro na spokojnie się tym zajmiemy.
- - Tylko czy teraz zasnę?
- - Spróbuj, na pewno wciąż jeszcze wszystkiego nie odespałaś. – Jej głos był kojący.
- - Dzięki za rozmowę.
- - Zawsze do usług. Dobranoc.
- - Dobranoc. – Rozłączyłam się. Odłożyłam telefon i weszłam do łazienki. Wzięłam długi ciepły prysznic i wróciłam do łóżka. Zgasiłam światło i mimo wczesnej pory próbowałam zasnąć. Sen jednak nie przychodził, włączyłam więc lampkę nocną i zaczęłam czytać… „ Kiedy dwójka nowożeńców odjeżdżała, tłum ludzi wiwatował na ich cześć. Wiedzieli, że czeka ich lepsze jutro.” Książka się skończyła, ale sen nie przyszedł. Za to noc również dobiegała końca. Byłą czwarta rano. Zgasiłam światło i w ciemnościach zaczęłam wymyślać własną historię.
- Ktoś delikatnie zapukał do drzwi. Nie mając siły podnieść ciężkich powiek obróciłam się tylko na drugi bok.
- - Panienko pora wstawać. Jest siódma rano. Za dwie godziny zaczyna się szkoła. – Otworzyłam sennie oczy.
- - Już wstaję.
- Wygląda na to, że jednak udało mi się w końcu zasnąć, spałam może jakieś dwie lub trzy godziny. Czując zmęczenie przeszywające moje ciało ubrałam się z trudem. O ósmej zeszłam na śniadanie, które jadałam tylko z Claudią. Wuj w tygodniu wstawał wcześniej, a ciotka później.
- - Dzień dobry. – Przywitała mnie radośnie Claudia. – Jak się spało? – Spojrzałam na nią posępnie. – Uznam twoje milczenie za odpowiedź. – Możesz je sobie uznać nawet za pytanie, pomyślałam gniewnie. Zjadłam szybko śniadanie i wyszłam z domu. Claudia jeździła samochodem do szkoły, ale ja wolałam chodzić na nogach, nawet jeśli zajmowało mi to dwadzieścia minut. Spacer z rana dobrze mi robił. Kiedy przechodziłam koło starego opuszczonego domu niedaleko szkoły, przez niektórych uważanego za nawiedzony, poczułam chłód bijący od szarych murów. Okna już dawno wybite wyglądały jak czarne dziury. Bez końca. Przyśpieszyłam kroku, bo choć w duchy nie wierzyłam, miejsce to nawet w dziennym świetle przyprawiało o ciarki na plecach. Wiązały się z nim też pewne wspomnienia, o których wolałam nie myśleć. Dwa budynki dalej stała nowoczesna i rozległa prywatna szkoła „ Ravmedina High School”. Liceum dla bogatszej części miasta. Weszłam przez otwartą żelazną bramę, idąc aleją dotarłam przed drzwi szkoły. Uczyłam się w niej dopiero niecały rok. Wyjęłam odpowiednie książki z szafki i poszłam do klasy w której miałam pierwsze zajęcia. W kasie panowało wyjątkowo duże zamieszanie. Z podniesionych głosów wychwyciłam szczątki zdań na temat balu debiutantek. Ktoś wspomniał też o nowych uczniach, ale ponieważ ten temat drążono już od tygodnia nie była to największa sensacja. Nikt nie mógł przyćmić tak ważnego dla tej szkoły wydarzenia jak bal debiutantek. Meg miała rację z tym, aby spojrzeć na to z perspektywy dzisiejszego dnia. Wciąż było mi strasznie smutno z powodu tego, że nie pójdę i z powodu zachowania wuja, ale nie aż tak jak wcześniej. Meg jeszcze nie przyszła. Zajęłam więc swoje miejsce. Claudia na szczęcie nie chodziła do mojej klasy. Wraz z dzwonkiem moja przyjaciółka pojawiła się w drzwiach i podeszła do mojej ławki.
- - Jak się czujesz?
- - Lepiej. – Posłałam jej szczery uśmiech, na co ona lekko się rozluźniła. Nie zdążyłyśmy zamienić ani słowa więcej, ponieważ do klasy weszła nauczycielka i zaczęła się lekcja. Mniej więcej w połowie drzwi otworzyły się na oścież i do klasy wszedł wysoki i przystojny chłopak. Miał kręcone czarne włosy i brązowe oczy. Miał na sobie białą bluzkę, czarną skurzaną kurtkę, ciemne spodnie i długi naszyjnik z przywieszką w kształcie kła. Nie zwracając uwagi na nauczycielkę zaczął rozglądać się po klasie.
- - Przywitajcie proszę nowego ucznia. Może się przedstawisz? – Nowy wydawał znudzony całą tą procedurą.
- - Daniel Spencer. – Podszedł do jedynego wolnego miejsca tuż przede mną. Po klasie przeszły szepty dziewczyny zachwycały się urodą nowego.
- - Nic więcej?
- - Drogie imię? – Wszyscy wybuchliśmy śmiechem. Urażona nauczycielka nie drążyła dłużej tematu i zajęła się prowadzeniem lekcji. Nikt jednak nie mógł ponownie skupić uwagi na niej. Przyglądałam się czarnym lokom siedzącego przede mną chłopaka. Lekcja w końcu dobiegła końca a nauczycielka wyszła. Właśnie skończyłam pakować torbę kiedy w pomieszczeniu zrobiło się nagle zupełnie cicho. Podniosłam głowę aby sprawdzić dlaczego nagle wszyscy umilkli. Mój wzrok zatrzymał się na wysokim chłopaku stojącym w drzwiach. Nie wiedząc co robić po prostu stałam w miejscu. Meg już poszła, śmieszyła się do szafki. W klasie zostało tylko kila dziewczyn które nie mogły zdecydować się na którego chłopaka powinny patrzeć. W postawie najnowszego przybysza było jednak coś groźnego i odpychającego.
- - Spadajmy stąd. Mam już dość na ten tydzień. O jedną lekcję za długo jak na ten tydzień.
- - 20 minut. – Poprawił go Daniel wyraźnie zadowolony na widok chłopaka. – W takim tempie będziemy musieli przeprowadzić się do Nowego Jorku, żeby znaleźć jakąś szkołę która cię przyjmie.
- - Nie wiedziałem, że masz coś przeciwko podróżą.
- - Ależ skąd. Tak tylko myślę, że jak chcesz już naciągnąć starego na forsę, to może Europa? – Zaśmiał się dźwięcznie nowy.
- - Długo zamierzasz jeszcze szczebiotać, czy ruszysz w końcu tyłek? – Chłopak w prostych włosach, ubrany cały na czarno wciąż stał w drzwiach, mówił przyjaznym tonem. No świetnie. Wygląda na to, że się znają. Zaraz cała ta rozmowa… czy oni obaj chodzą do tej szkoły? Chłopak obrócił się w drzwiach, w tym właśnie czasie nasze oczy się spotkały. Zamiast o 180 stopni obrócił się o 360 stopni i znów stał przodem do klasy.
- - Baby girl. – Uśmiechnął się łobuzersko. Poczułam, ze się czerwienię.
Subskrybuj:
Posty (Atom)